Nie wiem, jak Ty, ale ja mam kilka kulinarnych słabości. I jedną z nich są gofry. Serio – mogę zjeść je na śniadanie, obiad i kolację (sprawdziłam, da się). Problem w tym, że do tej pory moje gofry przypominały raczej smutne naleśniki z kratką niż te złociste cuda znad morza. No więc przyszedł moment prawdy – kupiłam gofrownicę MPM MGO-40 i postanowiłam ją solidnie przetestować. I teraz Ci wszystko opowiem – bez lukru (no, chyba że na gofrach).
Wygląd, który nie straszy blatu (plus: wymiary i fakty)
Gofrownica MPM MGO-40 wygląda jak klasyk – obudowa ze stali nierdzewnej, czarne akcenty, zero udziwnień. Trochę retro, trochę industrial – w każdym razie nic kiczowatego. Wymiary? 26 × 25 × 11 cm – spokojnie zmieści się w szafce lub na półce, a ja bez problemu przechowuję ją w pozycji pionowej (jest przewidziany specjalny schowek na kabel – dziękuję, MPM, za ten detal!).
Co ciekawe – płyty grzewcze mają powierzchnię 21 × 13 cm każda, co daje nam całkiem solidne dwa gofry na raz. I to nie byle jakie – głębokie, bo aż na 1,5 cm, więc można je naprawdę solidnie naładować owocami i nie rozpadną się po pierwszym kęsie.
Moc się liczy – i tu nie ma lipy (1400 W na start!)
Zanim kupiłam ten model, długo analizowałam. Czy 1400 W wystarczy? A może szukać czegoś powyżej 1600? Otóż wystarczy – i to z nawiązką. Urządzenie nagrzewa się w około 2,5 minuty, a gotowe gofry mam po 4–5 minutach pieczenia. W porównaniu z poprzednią gofrownicą (800 W), gdzie czekałam 12 minut na coś przypominającego gumowy chlebek – różnica jest kolosalna.
I tak, płyty mają powłokę nieprzywierającą. Brzmi banalnie, ale w praktyce – ani razu nie musiałam ich skrobać, a masło czy olej mogę sobie darować. Wlewam ciasto i tyle – nawet przy wersji bez jajek czy z mąką orkiszową nic się nie przykleiło.
Gofry w wersji testowej: klasyczne, czekoladowe i… ziemniaczane
Nie byłabym sobą, gdybym nie zaszalała. Na pierwszy ogień poszedł klasyk – mleko, jajka, odrobina cukru waniliowego. Efekt? Gofry grube, chrupiące z zewnątrz, puszyste w środku. Ale najlepsze przyszło później: ciasto kakaowe z kroplą espresso i przepis na wytrawne gofry z gotowanych ziemniaków i szczypiorku (polecam z jajkiem sadzonym i sosem jogurtowym – pycha!).
Dla porównania sprawdziłam też opcję „na chłodno” – czy gofry zostają chrupiące po 10 minutach? Tak. Po 30? Już nie. Ale odgrzane w tosterze wracają do formy jak żołnierz na rozkaz.
Czyszczenie i ergonomia – bo nikt nie chce drapać teflonu paznokciem
Tutaj naprawdę mi zaimponowała. Płyty się nie wyciągają, co może być dla niektórych minusem, ale dzięki naprawdę skutecznej powłoce non-stick wystarcza wilgotna ściereczka. Nic nie zostaje, nic się nie przypala – a to po 15 gofrach testowych mówi samo za siebie. Obudowa się nie nagrzewa do poziomu lawy, więc nie spaliłam sobie ręki przy otwieraniu (true story przy moim starym sprzęcie).
Mała rzecz, a cieszy: nóżki antypoślizgowe. Gofrownica nie tańczy po blacie jak oszalała, nawet gdy wlewam ciasto jedną ręką, a drugą odpędzam psa, który myśli, że robimy naleśniki.
Podsumowanie: czy kupiłabym drugi raz? Bez dwóch zdań.
✔ 1400 W mocy to idealna średnia – szybko grzeje, nie przypala
✔ Płyty z głębokim wzorem – idealne, żeby trzymać dodatki
✔ Zgrabna, elegancka, łatwa w przechowywaniu
✔ Nieprzywierająca powłoka, która naprawdę działa
✔ Gofry jak z budki nad morzem – tylko bez kolejki
Nie jest to model z wymiennymi płytkami, ekranem LCD czy timerem. Ale wiesz co? Dla mnie to plus. Lubię prostotę i skuteczność. A MPM MGO-40 właśnie taka jest. Jeśli szukasz gofrownicy do użytku domowego, która robi dokładnie to, co obiecuje – z czystym sumieniem polecam. A teraz… wracam do pieczenia kolejnej partii. Czas na wersję kokosowo-bananową.
Zastanawiasz się, gdzie kupić tę gofrownicę? To zajrzyj na ceneo 🙂

